Nie da się?
Kiedyś do rachunku telefonicznego nie dostawało się billingu. Fotograf z Telekomunikacji jechał do skrzynki z licznikami, robił zdjęcie, wywoływał je, a później panie w księgowości odczytywały z lupą kto ile impulsów wydzwonił…
Pewnego dnia do młodego, zdolnego inżyniera zgłosił się profesor. – Siedzisz w tych komputerach, może byś wymyślił coś takiego, żeby było wiadomo kto do kogo dzwoni? – zaproponował.




Zamów sześciotygodniowy
Marek Jankowski – przedsiębiorca, absolwent ekonomii, dziennikarz. Wydawca czasopisma „Branża Dziecięca”. Doradca w zakresie marketingu i public relations. Umie prosto wyjaśnić nawet najbardziej zawiłe tematy. Oraz niekiedy skomplikować te najprostsze ;–)

Piękne to były czasy, kiedy na jedno ogłoszenie o pracę przychodziło ponad sto odpowiedzi. Sto takich, które warto było czytać! Nikt nie był w stanie przebrnąć przez same rozmowy z potencjalnie dobrymi kandydatami. Więc, żeby odsiać większość z nich w jak najbardziej uczciwy sposób, podrzucało się stertę „cefałek” pod sufit. Te, które spadły na biurko, przechodziły do kolejnego etapu.
Jeden z moich wykładowców na Akademii Ekonomicznej powiedział kiedyś: Im dłużej tutaj studiujecie, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że kiedyś założycie własne firmy. Bo im więcej wiecie, tym bardziej zdajecie sobie też sprawę z ogromu swojej niewiedzy. Ktoś, kto nie ma tej świadomości, łatwiej zdecyduje się na swój biznes, bo tak naprawdę nie wie, na co się porywa.
Przeprowadzając rekrutację stajemy nieraz przed trudnym wyborem. Mamy do wyboru dwóch kandydatów. Jeden od razu przypadł nam do gustu, ale trochę brakuje mu kwalifikacji. Drugi spełnia wszystkie wymagania jeżeli chodzi o wiedzę i umiejętności, ale mamy obawy, czy dogada się z zespołem.