Obrażony kamienicznik
Że politycy zachowują się jak dzieci w piaskownicy, już dawno przywykliśmy. W biznesie zdarza się to rzadziej, ale jednak. Dziś usłyszałem historię, która tego dowodzi.
Pewna znana firma wynajmuje dużą powierzchnię w centrum miasta. Ponieważ jednak jej potrzeby rosną, znajduje większy lokal, w powstającym dopiero biurowcu. Właściciel „starego” miejsca dowiaduje się o tym wcześniej i żąda od najemcy deklaracji, że ten nie wyprowadzi się jeszcze co najmniej przez pół roku.
Druga strona oczywiście nie zamierza tego obiecywać, bo planuje za kilka tygodni rozwiązać umowę z trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia. Właściciel obraża się więc i uprzedza ruch najemcy, zmuszając go do znalezienia przejściowego lokalu (ok. 1000 metrów kw.) na 2 miesiące.
Co zyskał właściciel? Odegrał się. Zmusił swojego klienta do zapłacenia za dodatkową przeprowadzkę i do pracy przez 2 miesiące w tymczasowych – czyli zapewne niezbyt komfortowych – warunkach. Pokazał, kto tu rządzi. Uderzył klienta po kieszeni, nie zyskując jednak na tym ani złotówki.
Co stracił właściciel?
- Pozbył się klienta, który jeszcze przez dodatkowe 2 miesiące mógł zostawiać mu pieniądze.
- Na własne życzenie skrócił sobie okres na znalezienie nowego najemcy do zapisanych w umowie 3 miesięcy. A skoro wiedział o wyprowadzce wcześniej, miał go więcej.
- Psując relacje z klientem sprawił, że ten odwdzięcza mu się teraz tym samym. Kiedy potencjalni nowi najemcy przychodzą obejrzeć biuro, nie są wpuszczani do środka. A gdy nawet udaje im się wejść, raczej nie słyszą komplementów pod adresem właściciela.
- Stracił szanse na jakiekolwiek przyszłe transakcje z tym klientem, który przecież, skoro tak szybko się rozwija, może wkrótce potrzebować kolejnych powierzchni.
- Popsuł sobie opinię. Dotychczasowy najemca działa w branży medialnej i ma szerokie kontakty, a ostrzeżenia przed nieuczciwymi kontrahentami wyjątkowo szybko się rozchodzą.
Właściciel kamienicy teoretycznie nie zrobił nic złego. Postąpił przecież zgodnie z umową, którą zaakceptowały wcześniej obydwie strony. Miał prawo wypowiedzieć ją w dowolnym momencie i z niego skorzystał. Problem polega na tym, że zamiast trzymać się w relacjach z klientem zasady wygrany–wygrany, spowodował, że zarówno najemca, jak i on sam, ponieśli straty.
Chcesz dostawać powiadomienia o nowych wpisach? Dołącz do subskrybentów.

Blipnij o tym wpisie!
Dodaj komentarz