Gratisy i prezenty
Niektórzy producenci/dystrybutorzy/importerzy (niepotrzebne skreślić) stosują sztywne ceny dla swoich produktów. Chodzi między innymi o to, żeby detaliści nie prowadzili między sobą wyniszczających wojen. Ale oczywiście Polak potrafi. Jeżeli cena musi być wszędzie ta sama, można konkurować produktami lub usługami dodawanymi za darmo, tak zwanymi gratisami.
Niekiedy dochodzi do sytuacji, w których gratisy okazują się być dla klienta więcej warte niż produkt główny. Czytelnicy prasy kolorowej dobrze wiedzą, o czym mówię ;)
Mechanizm gratisowych dodatków wykorzystuje bardzo wiele firm, m.in. apteki internetowe. Dziś zaobserwowałem też, jak działa to w McDonaldsie (i nie chodzi wcale o „darmowe” zabawki dołączane do zestawów Happy Meal). Zamówiłem tam sałatkę i dostałem:
- szklankę Coca–Coli w kartonowym opakowaniu,
- grzanki do sałatki w foliowym opakowaniu,
- widelec i nóż w foliowym opakowaniu,
- dwa opakowania sosu,
- serwetki,
- oraz (byłbym zapomniał) sałatkę w pudełku z przezroczystym wieczkiem.
W większości restauracji ten sam zestaw wyglądałby następująco: miska z sałatką (zawierającą grzanki i sos), a obok na serwetce sztućce. Do tego dołączony prezent w postaci szklanki. Czyli dostałbym zestaw złożony tylko z trzech, a nie aż sześciu elementów.
Większość klientów nie potraktuje woreczka z grzankami, ani tym bardziej plastikowych sztućców, jako gratisu. Co więc robi McDonalds, żeby podnieść ich wartość w naszych oczach? Pakuje w oddzielne opakowania. Bo kiedy zabieramy się za taki posiłek i musimy rozpakować 5 opakowań (sałatka, sztućce, grzanki i 2 sosy), czujemy się podświadomie jak pięciolatek buszujący pod choinką w Boże Narodzenie. Mało kto świadomie to analizuje, ale nasz mózg doskonale wyłapuje taki podprogowy przekaz.
Chcesz dostawać powiadomienia o nowych wpisach? Dołącz do subskrybentów.

Blipnij o tym wpisie!
Dodaj komentarz