Mała Wielka Firma

Absolwent

absolwentWczoraj skończyłem kolejne studia. Podyplomowe „Zarządzanie finansami MSP” na wrocławskiej Akademii Ekonomicznej (choć być może na dyplomie będę miał już „Uniwersytet Ekonomiczny”, bo podobno zmiana nazwy ma nastąpić lada dzień). Dla tych, którzy być może będą chcieli pójść w moje ślady, kilka opinii i spostrzeżeń.

Od razu zaznaczam, że są to moje subiektywne odczucia. Być może po prostu nie najlepiej wybrałem kierunek studiów. Ale skoro ja nie trafiłem, ktoś inny może się podobnie przejechać. Poza tym, moje zastrzeżenia dotyczą nie tylko merytoryki, ale w jeszcze większym stopniu formy zajęć.


Uważam, że czas poświęcony przeze mnie na uczestniczenie w zajęciach był, niestety, w dużej mierze czasem straconym. Osoby przygotowujące i realizujące program tych studiów zapomniały o tym, że są one przeznaczone dla pracowników i właścicieli małych i średnich firm, których interesuje wykorzystanie zdobywanej wiedzy w codziennej praktyce gospodarczej.

Kilka przykładów:

  • W ciągu pierwszych 2 miesięcy mieliśmy 48 godzin zajęć, z czego aż 16 zajęły zajęcia z rachunkowości. W tym czasie przede wszystkim zapisywaliśmy różnego rodzaju operacje na kontach. Po co taka umiejętność osobie zarządzającej finansami? W ocenie całej grupy był to czas stracony – i zgłaszaliśmy to prowadzącemu już po pierwszym spotkaniu.
  • Zajęcia „MSP na rynkach finansowych” – trochę informacji dla prywatnych inwestorów giełdowych, trochę dla spółek akcyjnych, nic z tych zagadnień dotyczyło osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą czy spółkę cywilną.
  • „Zarządzanie płynnością MSP” – bardzo ciekawy temat, ale zdecydowanie za szeroki jak na 4 godziny wykładu. W dodatku prowadzonego w nie najlepszy sposób…

Wiele zajęć prowadzonych było tak samo, jak lekcje które zapamiętałem ze szkoły podstawowej sprzed 20 lat. Jedyna różnica polegała na tym, że prowadzący pisali po tablicy nie kredą, tylko flamastrem, mieli rzutnik multimedialny i zamiast „zadanie z treścią” mówili „case study”.

Interakcja z uczestnikami – w formie szczątkowej. Brak pracy grupowej. W przeciwieństwie do jakichkolwiek komercyjnych szkoleń, żaden z prowadzących nie zrobił też nic, aby zintegrować grupę. Nie było żadnych niestandardowych form przekazu. Prowadzący (z nielicznymi wyjątkami) sprawiali wrażenie, jakby rzeczywistość małych i średnich firm znali z książek, badań statystycznych i mediów, ale z pewnością nie z własnego doświadczenia. Nie było prawie żadnych symulacji rzeczywistych zdarzeń gospodarczych. Właścicielowi małej firmy nikt nie powie „masz dany zysk netto i wartość aktywów ogółem, oblicz ROA”. A skąd wziąć te dane, jeżeli rozliczam się książką przychodów i rozchodów? A tak jest w przypadku większości drobnych przedsiębiorców…

Żeby nie było, że tylko narzekam. Oto czego mniej więcej oczekiwałem decydując się na udział w tych studiach:

  • „Krótkoterminowe źródła finansowania” – zajęcia prowadzone przez osobę z doświadczeniem bankowym lub maklerskim, która przeprowadzi ćwiczenia, podczas których uczestnicy przeprowadzą kilka tego typu operacji w warunkach maksymalnie zbliżonych do rzeczywistych, nauczą się na co zwracają uwagę wierzyciele i jak oszacować która z form jest dla mnie najbardziej korzystna.
  • „Źródła finansowania rozwoju MSP” (fundusze unijne) – grupa (lub kilka podgrup) przygotowują wniosek o dotację, który prowadzący („instytucja oceniająca”) akceptuje lub odrzuca podając przyczyny.
  • „Analiza finansowa przedsiębiorstwa”, „Zarządzanie płynnością MSP” – jak zebrać i przeanalizować dane, jeżeli firma nie prowadzi pełnej księgowości.

Moje uwagi przekazałem osobie odpowiedzialnej za program studiów już po pierwszych kilku zjazdach. Dostałem dość obszerną odpowiedź z wyjaśnieniami skąd taka a nie inna tematyka zajęć oraz z zapewnieniem, że będzie coraz lepiej. Rzeczywiście, po fatalnym początku później trochę się poprawiło.

W dniu obrony pracy dyplomowej wypełnialiśmy ankiety, w których pytano nas m.in. czy zdobytą wiedzę wykorzystamy w praktyce. Zastanawiałem się nad odpowiedzią. Ostatecznie zaznaczyłem „tak”, bo były na tych studiach rzeczy przydatne. Tylko że w tym czasie mogło ich być pięć razy więcej.

Chcesz dostawać powiadomienia o nowych wpisach? Dołącz do subskrybentów.

Blipnij o tym wpisie!

Zobacz też:

1 Komentarz

  1. Bartek | 20-08-09 | Odpowiedz

    … i zamiast „zadanie z treścią” mówili „case study”
    a to się uśmiałem ;))). Kilka lat temu skończyłem AE i stwierdzam że wykłady prowadzone były w taki sam sposób. Gdybym miał się tego samemu nauczyć z książek to zrobiłbym to o wiele wydajniej i na pewno pominął masę zbędnych rzeczy których od nas wymagali.

Dodaj komentarz